Dawno, dawno temu zapisałam się na SAL Sosnowy. Wydrukowałam schemat, zakupiłam odpowiednią tkaninę, mulinę. Wszystko było gotowe, ale chęci gdzieś odeszły. Odeszły w sumie na bardzo długi czas i powróciły całkiem niedawno. Jeszcze tak nieśmiało wkraczają i podpowiadają - "zrób to", "zrób tamto" i o dziwo, zaczynam się rozkręcać. W końcu.
Na tamborek wskoczył len. Uczę się dopiero tej tkaniny. Opornie mi idzie, niezbyt równo, ale cóż - w tej dziedzinie jestem nowicjuszką. Do tego nie stosuję żadnych linii, podziałek, zaznaczeń. Liczę wszystko na bieżąco. I mam nadzieję, ze efekt końcowy będzie mi odpowiadał.
Na razie jest niewielki kawałek, do tego jeszcze strzeliłam takiego babola, ale postanowiłam nie pruć - cóż - teraz musze to jakoś "zamaskować" i będzie ok.
Przerażona jestem faktem, iż na zdjęciu wygląda tak, jakby każdy krzyżyk był robiony w inna stronę. Musicie mi wierzyć na słowo, że tak nie jest. Do tego tkanina paskudnie wymiętolona, ale chciałam pstryknąć fotkę "już", "teraz" i takie są oto opłakane efekty.
Na osłodzenie zbliżającego sie końca długiego weekendu i wizji jutrzejszego powrotu do pracy, częstuję przepysznym sernikiem na zimno z musem truskawkowym.
I jeszcze na sam koniec pochwalę się, co chłopina mój szykuje dla naszego Wojciecha. Całkiem nieźle mu idzie, prawda?
Pozdrawiam serdecznie

